wtorek, 29 kwietnia 2014

Wiktoriański tort kwartalnicowo-urodzinowy



Dziś rano minęły trzy miesiące, od kiedy się poznajemy z naszą małą córeczką.
Trzy miesiące niedospania i jazdy bez trzymanki na rozpędzonej karuzeli.
Trzy miesiące uczuć, o których istnienia tylko się domyślałam.
8 tygodni od pierwszego, roztapiającego serce uśmiechu, kilka od radosnych pisków i zdumiewających rzężeń. 

Przy okazji, kilka dni temu minął rok od pierwszego wpisu na tym blogu.

Dziś więc uroczyście. Zapraszam na tort. I co z tego, że mi opadł? Wam nie opadnie, a połączenie smaków jest boskie...
Ciężki biszkopt, a do tego królewskie połączenie białej czekolady i czarnej porzeczki...

Victoria Sponge z tego przepisu, u mnie tylko z 2/3 składników i w formie 18cm.

Ponad to:
- tabliczka białej czekolady
- 250 ml śmietany kremówki
- pół szklanki czarnych porzeczek (u mnie mrożone, w tym wypadku tort jest do zjedzenia od razu)

Czekoladę topimy w kąpieli wodnej z 2 - 3 łyżkami śmietany, mieszamy, studzimy do temperatury pokojowej.
Śmietanę ubijamy, dodając pod koniec stopioną czekoladę.

Czekoladową śmietanę wykładamy na dolną warstwę tortu, posypujemy owocami i voila!



Smacznego!

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt, czyli mazurek migdałowy.



Czas mija w sposób niezauważalny. Ani się obejrzeliśmy, a tu już Święta Wielkiej Nocy... Moje dni to teraz piękne, bezzębne uśmiechy, wielkie-małe dramaty, głośne wyrażanie potrzeb i coraz to nowe umiejętności... Mikrokosmos.

Powoli jednak wraca mi chęć i trochę czasu na kuchnię, na smaki i zapachy. Mam nadzieję, że znajdzie się i czas na bloga.

To będą piękne Święta. Pierwsze naszej malutkiej córeczki...

Tymczasem, oto nasz tegoroczny mazurek. Na klasycznym mazurkowym kruchym cieście z gotowanymi żółtkami i prawie makaronikowym wierzchem. Jeśli mi się udało z trzymiesięcznym niemowlęciem, to i Wy znajdziecie na niego czas - warto...

Ciasto [wedle przepisu z "Kuchni polskiej"]
- 300 g mąki pszennej [w oryginale krupczatki]
- 200 g masła
- 100 g cukru pudru [dałam 70]
- 3 gotowane żółtka
- szczypta soli
- laska wanilii [lub ekstrakt, w ostateczności cukier waniliowy]

A także
- dżem z czarnej porzeczki (na później)

Przesianą mąkę posiekać z zimnym masłem, dodać przesiany cukier puder i przetarte żółtka, sól i wanilię, i szybko zagnieść ciasto. Odstawić do lodówki zawinięte w folię na 20 - 30 minut.



Po tym czasie rozwałkować na 3/4 centymetra i wyłożyć do mazurkowej formy (takiej z trzema bokami) [ja wzięłam tortownicę 18 cm i 4 ringi po 10 cm], wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Nakłuwamy widelcem miejsce przy miejscu.
Podpiekamy 15 - 20 minut w 180 C.

Masa migdałowa [z tego przepisu]
- 2 białka
- 50 g masła, roztopionego
- 200 g cukru pudru (lub mniej) [u mnie 100]
- 200 g zmielonych migdałów
- szczypta soli



Białka ubić na sztywno. Pozostałe składniki wymieszać w naczyniu. Dodać białka i delikatnie wymieszać. Odłożyć na chwilę. 

Na gotowym, ostudzonym spodzie rozsmarowujemy łyżkę - półtorej dżemu. Na to wykładamy masę migdałową.

Pieczemy 40 - 45 minut w 160 C.



Po ostudzeniu dekorujemy, u mnie mleczna czekolada roztopiona z masłem i płatki migdałów.



Smacznego i Wesołych Świąt! 

sobota, 1 lutego 2014

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Tajine, próba pierwsza: kurczak

Mięsożerca, który niedawno miał urodziny, dostał w prezencie prawdziwy, ręcznie malowany tajine. Dodajmy, że naczynie jest niewielkich rozmiarów (do niewielkiej kuchni) i okazuje się, że musimy się tych proporcji nauczyć...



Dziś zapraszamy więc na kolejne aromatyczne danie, inspirowane Maghrebem: kurczaka z warzywami, podanego z kus-kusem z daktylami.


Potrzebujemy:
- ćwiartek z kurczaka (u nas 2)
- marchewki, pietruszki, selera i ziemniaków (ile się nam zmieści do naczynia)
- mieszanki przypraw, najlepiej zrobionej samemu (u nas anyż gwiaździsty, szafran, kora cynamonu, kmin rzymski, goździki, kolendra, pieprz, kurkuma, suszone papryczki chili, sól)
- cebuli, całych ząbków czosnku
- oliwy
- ciecierzycy (z puszki wprost, lub suchej, namoczonej przez noc - my o niej zapomnieliśmy, ze szkodą dla dania)
- pomidorów, obranych ze skórki (u nas się nie zmieściły)


Oraz:
- kaszy kus-kus
- masła
- garści daktyli
- soli
- wody

Kurczaka myjemy, osuszamy, nacieramy przyprawami, które wcześniej prażymy na suchej patelni i rozdrabniamy w moździerzu - poza cynamonem (o ile nie używamy gotowej mieszanki). Zostawiamy na co najmniej 30 minut.
Na oliwie szklimy pokrojoną w kostkę cebulę i grubo posiekany czosnek (u nas 2 ząbki), dodajemy cynamon, podlewamy wodą, wkładamy kurczaka.
Dusimy na małym ogniu pod przykryciem 30 minut.
Po tym czasie dodajemy warzywa pokrojone w grube plasterki (kartofle w ósemki) i ciecierzycę, dusimy przez następne 30 minut.
Na końcu dodajemy posiekane pomidory, pozwalamy całości się "połączyć", podajemy z kus-kusem.


Kus-kus przyrządzamy na parze, jak w tym przepisie, lub zgodnie z sugestią na opakowaniu. Posiekane daktyle dodajemy w zależności od sposobu przyrządzania: na początku, jeśli zalewamy kus-kus wrzątkiem, lub w momencie, w którym dodalibyśmy rodzynek, jeśli gotujemy kaszę na parze.


Smacznego!

wtorek, 21 stycznia 2014

Chrupie w ustach

Znam kogoś, kto ma dziś urodziny...


Już od dawna czaiłam się, żeby zrobić mu ten "tort": ptysiową wieżę Croquembouche. Tak się składa, że miałam kiedyś kiedyś, małą dziewczynką będąc, okazję spróbować jego bardzo profesjonalnej wersji na przyjęciu we francuskiej ambasadzie. Wspomnienie chrupiącej słodyczy, kryjącej we wnętrzu aksamitny krem zostało ze mną do dziś.

A dziś, właśnie dziś, są urodziny Mięsożercy.

Miśku, wiem, że to będzie dobry rok, pełen wyzwań, które okażą się nie być wcale tak trudne. Życzę Ci, żebyś mógł je smakować jedno po drugim.



Kocham Cię.


Przepis znalazłam u niezawodnej Doroty.

niedziela, 19 stycznia 2014

Pomysł na niedzielny obiad: mięso duszone w soku owocowym

Dziś na obiad zaprasza Was Mięsożerca. Wyobraźcie sobie delikatnie słodkawe, miękkie, rozpływające się w ustach kawałki mięsa, a do tego duże kawałki warzyw i pyszny, słodko-kwaśny, choć absolutnie nie azjatycki sos...

My do dyspozycji mieliśmy wołowy rozbratel, ale możecie wykorzystać każde wołowe lub wieprzowe lekko tłuste i poprzerastane mięso. Może być szynka, może być łopatka, biodrówka, goleń... Podobnie z sokiem: u nas był domowy aroniowy, ale pasowałby też wiśniowy, z czarnej porzeczki, z ciemnych winogron, czerwonej porzeczki, czereśni, śliwkowy, albo, dla większego szpanu, słodkie, czerwone wino...



U nas było tak:
- 600 g wołowego rozbratla
- 2 cebule
- 4 - 5 ząbków czosnku
- 2 marchewki
- spora pietruszka
- kawałek selera
- biała część pora
- litr bulionu wołowego (z 2 kostek wołowych)
- 2 łyżki sosu worchestershire
- 3 łyżki soku z aronii
- sól, pieprz, cząber, majeranek, oliwa, olej

Mięso umyć i osuszyć ręcznikiem papierowym, obsypać solą, pieprzem, cząbrem i majerankiem, polać oliwą i rozetrzeć, żeby zamknąć smaki.



W żeliwnym garnku rozgrzać roślinny olej, obsmażyć mięso. Do garnka wrzucić pokrojone grubo warzywa i pokrojone ząbki czosnku. Po zmięknięciu cebuli podlać sosem zrobionym z bulionu, worcestera i soku, doprowadzić do zagotowania sosu, zmniejszyć ogień. Dusić 1,5 godziny, przekręcając mięso co mniej więcej pół godziny.

Podawać z pieczonymi ziemniakami. Albo z czymś, co wchłonie ten pyszny sos.



Smacznego!

środa, 15 stycznia 2014

"Szybkie" bliny gryczane

Ciekawa jestem, czy - tak, jak ja - słyszeliście wielokrotnie, że bliny są owszem, pyszne, ale bardzo niewdzięczne w produkcji. Bo czasochłonne, bo kapryśne, bo trudne, bo dużo przy nich pracy.


Otóż są pyszne. Bardzo. I wymagają, to prawda, sporo cierpliwości. Ale właściwie całą pracę za nas wykonują drożdże. Doprawdy nie ma się czego bać. Tym bardziej, że poza przepisami, zajmującymi blinom 8 godzin na wyrośnięcie, można też znaleźć przepisy na 3 godziny. Co to są 3 godziny w obliczu ciepłego, chrupiącego z zewnątrz i puszystego w środku, delikatnie gorzkawego placuszka?


Przepis pochodzi z książki "Kuchnia rosyjska" wydawnictwa REA. Poniżej z moimi modyfikacjami:
[Zrobiłam z połowy porcji. To błąd.]

- 4 szklanki mąki gryczanej
- 40 g [świeżych] drożdży
- 1/2 - 1 szklanki rozpuszczonego masła
- łyżka soli [następnym razem dam mniej, maks. 1/2]
- łyżka cukru
- 4 szklanki wody

Szklankę mąki gryczanej wymieszać dokładnie [drewnianą szpatułką] z 1 szklanką zimnej wody. Dolać 3 szklanki wrzątku, jeszcze raz wymieszać. [Chwilę odczekać.] Dodać masło i rozpuszczone drożdże [ja rozpuściłam je w maśle], postawić w ciepłym miejscu [na 45 - 60 minut], żeby ciasto podrosło. Ubić je łopatką, dodać sól, cukier, 3 szklanki mąki gryczanej i dokładnie wymieszać. Ponownie odstawić do wyrośnięcia [na 60 - 75 minut], a potem, już nie mieszając, usmażyć bliny.
Jeśli przed smażeniem okaże się, że ciasto jest zbyt gęste, trzeba przełożyć do innego naczynia 2 łyżki ciasta, wymieszać z wodą i dopiero połączyć z resztą ciasta.
Ciasto nakładać łyżką na małą rozgrzaną (najlepiej żeliwną) patelnię. Gdy bliny na patelni zaczną rosnąć i się rumienić, trzeba je z wierzchu posmarować masłem [pominęłam], przewrócić, dosmażyć i trzymać w ciepłym miejscu, żeby nie ostygły.
Bliny powinny być dużo grubsze od zwykłych naleśników, pulchne, porowate i lekkie.


Moje bliny miały formę racuszków, tak było mi je wygodniej przekręcać, ale te prawdziwe mają raczej formę - jakkolwiek to nie zabrzmi - amerykańskich pancake'ów.

Bliny podajemy ze śmietaną, kawiorem, masłem lub konfiturami. Tak mówi książka. My jedliśmy je z duszoną wołowiną w sosie śmietanowo-grzybowym.

Smacznego!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Słodkie przywitanie zimy: krem pomarańczowo-czekoladowy

Zimę, jako porę roku, lubię niemal wyłącznie na zdjęciach: śnieżne czapy na drzewach, biały dywan na polach, jak okiem sięgnąć, ogień w kominku... Idea skrzypienia pod stopami, zarumienionych od mrozu polików i grzanego wina, piwa, lub gorącej czekolady nie jest mi zupełnie niemiła.
Co innego, jeśli mówimy o szaro-burej miejskiej brei, zaskoczonych opadami drogowców, śliskich chodnikach i spadających z wysoka soplach.


Spróbujmy jednak zaczarować zimę w mieście. Przywitajmy ją czekoladowo-pomarańczowym tańcem. Niech będzie magiczna!

Przepis na "chocolate orange curd" znalazłam kilka miesięcy temu w sieci, ale im bardziej szukam go teraz, tym bardziej go nie ma. Musiałam go więc odtworzyć z pamięci...



Potrzebujemy:
- 3 dużych jajek
- 75 g masła
- 45 g drobnego cukru
- skórki otartej z 1 pomarańczy
- pół szklanki (125 ml) soku z pomarańczy (czyli sok z 2 niewielkich owoców)
- pół łyżeczki soku z cytryny (w zależności od tego, jak słodkie, lub kwaśne są nasze pomarańcze)
- 100 g gorzkiej czekolady

Jajka roztrzepać z cukrem, dodać pozostałe składniki poza czekoladą (masło kroimy w drobną kostkę) i podgrzewać, stale mieszając, na małym ogniu.
Kiedy krem zgęstnieje, zdjąć go z palnika i dodać czekoladę w kawałkach. Dobrze wymieszać, aż do połączenia, po czym przecedzić krem przez sito.
Z podanych proporcji wychodzi nam niecałe 500 ml kremu.



Do wykorzystania do ciast, kanapek, gofrów, łyżeczką prosto do paszczy...

Smacznego!

sobota, 4 stycznia 2014

Z zeszytu mojej mamy: szybkie jogurtowe bułeczki

Po pierwsze, życzę Wam wiele pysznego w Nowym Roku!

Być może już wróciliście do swoich zajęć, a może jeszcze leniuchujecie. Niezależnie od tego, jak jest, być może nie macie czasu lub ochoty na długie pobyty w kuchni. Jeśli tak, oto jest przepis dla Was: szybkie i proste bułeczki (lub chlebki) z jogurtu.


Wystarczy:
- 200 g mąki
- szklanka (250 ml) jogurtu
- 2 łyżki oliwy
- 1 łyżeczka cukru
- 1 łyżeczka soli
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia


Wszystkie składniki mieszamy i wyrabiamy w misce. Jeśli ciasto jest twarde, dodajemy jeszcze 1 łyżkę wody, jeśli zbyt miękkie - to mąki. Mamy osiągnąć gładkie, zwarte ciasto, z którego możemy swobodnie uformować bułeczki. Z podanych proporcji wyjdzie 8 niewielkich kulek.

Możemy bułeczki posypać od góry sezamem, grubą solą, czarnuszką...


Rozgrzewamy piekarnik do 180 C i pieczemy przez 20 - 30 minut, do zezłocenia.

Pyszne solo, ale również idealne, jako łatwe bułeczki do hamburgerów, polecam!


Smacznego!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Inspirowane Meksykiem: lekka i szybka zielona zupa

Z różnych względów teraz dużo odpoczywam, raczej siedzę i poleguję, niż stoję całymi dniami w kuchni. Stąd też potrzeba szybkich i niewymagających pracy obiadów. 
Dziś, w ramach poświątecznego detoksu, jedliśmy więc zieloną zupę z kukurydzy i awokado. Lekko słodkawa, lekko pikantna - serdecznie polecam!


Potrzebujemy:
- puszki kukurydzy razem z płynem (340 g)
- 1 awokado
- 1 średniej cebuli
- kostki bulionu drobiowego
- 2/3 - 1 szklanki wody
- 2 - 3 łyżki śmietany 18%
- świeżo startych: gałki muszkatołowej i imbiru- do smaku
- świeżej papryczki chili lub ostrego sosu - do smaku
- ziela angielskiego

Kukurydzę razem z płynem umieszczamy w garnku, zalewamy wodą. Dodajemy cebulę, pokrojoną w ćwiartki i kostkę bulionową, zagotowujemy. Do wrzątku dodajemy awokado i przyprawy, gotujemy 5 - 10 minut. Blendujemy ze śmietaną.
Podajemy z plasterkami awokado.

Ja dla Mięsożercy dodałam też "grzanki" z salami (plasterki podsmażamy na suchej patelni i suszymy na ręczniku), na pewno spróbujemy jeszcze ze skórką otartą z limonki.


Smacznego!

piątek, 27 grudnia 2013

Święta, Święta i już po...

Mam nadzieję, że to były dla Was miłe Święta. Jeśli nie, to trzymam kciuki, żeby każde kolejne były lepsze.


Może w przyszłym roku gwiazdą Waszego wigilijnego stołu będzie karp, pieczony w maśle? Naprawdę warto...

Potrzebujemy:



- jednego nie bardzo dużego karpia (nasz miał 1,5 kilo)
- pieprzu, soli
- tyle masła, żeby wypełniło karpia (co najmniej pół kostki)



Oprawionego i osuszonego, ale całego karpia nacieramy pieprzem i solą, wypełniamy pokrojonym masłem, masłem też obkładamy rybę z zewnątrz. My nacięliśmy skórę, ale nie musicie tego robić (moja mama powiedziałaby nawet, żebyście tego absolutnie NIE robili). Czynności te możemy wykonać na kilka dni przed Wigilią i tak przygotowaną rybę zamrozić w całości.
W Wigilię, jak już przyjdą wszyscy goście, nagrzewamy piekarnik do 140 C. Blaszkę wylewamy cienką warstwą oleju, umieszczamy na niej rybę i pieczemy ją przez 40 minut. Po tym czasie podkręcamy piekarnik do 200 C i pieczemy jeszcze przez ok. 20 minut. 
Jeśli ryba jest zamrożona, nie rozmrażajmy jej, tylko pieczmy, jak wyżej, tyle, że 60 minut w 140 C, po czym 20 minut w 200 C. 
Upieczona może jeszcze dojrzewać w piekarniku.



Podajemy koniecznie z wytopionym ze środka masłem.

Smacznego!

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!


Życzę Wam, żebyście mogli spędzić je tak, jak lubicie. I niech będą prawdziwie spokojne, uśmiechnięte i prawdziwie beztroskie. Chyba, że wolicie nerwowe...

Wesołych!
Na zdjęciach piernikowe choinki z tego przepisu.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

A po Wigilii: szynka z goździkami, duszona w piwie

Zgodnie z tradycją w Wigilię jemy dania rybne, a w każdym razie bezmięsne (no, albo nie i wtedy możemy sobie poniższe danie zrobić i 24-tego), ale już pierwszego dnia Świąt, na rodzinny obiad, możemy sobie pozwolić na wieprzową ucztę. 
Na przykład, na szynkę, szpikowaną goździkami i duszoną w piwie. Niektóre browary specjalnie z okazji Świąt wypuszczają limitowaną edycję piwa korzennego, my takiego właśnie użyliśmy.


Potrzebujemy:
- kawałka szynki (nasz miał 500 g)
- goździków w ilości wystarczającej do naszpikowania
- cebuli (u nas 1), całych ząbków czosnku (u nas 4)
- soli, pieprzu
- tyle piwa, żeby cała szynka była nim pokryta (u nas wystarczyło 0,5 l)
- olej lub inny tłuszcz do podsmażenia

Szynkę nacieramy solą i pieprzem, szpikujemy równo goździkami i tak zostawiamy na co najmniej 30 minut.
W żeliwnym garnku rozgrzewamy tłuszcz, obsmażamy mięso ze wszystkich stron, na końcu dodając pokrojoną w piórka cebulę i całe ząbki czosnku. Zalewamy piwem i pozwalamy się potrawie dusić pod przykryciem, aż mięso będzie miękkie (45 minut - godzinę).



Smacznego!

Nasz ulubiony: śledź z grzybami

Danie, które poznałam dzięki Mięsożercy, bo jest ono tradycyjną, wigilijną przystawką w jego rodzinnym domu - domu, w którym zbiera się i suszy grzyby, a kuchnia jest swojska i tradycyjna. Te śledzie mają w sobie polskość i elegancję, a poza tym są po prostu przepyszne.


Potrzebujemy:
- płatów śledziowych a la matias (lub z zalewy solnej) - u nas co najmniej 6
- cebuli
- suszonych grzybów (im więcej, tym lepiej)
- pieprzu
- oleju

Śledzie namaczamy w wodzie przez co najmniej 1,5 godziny, kroimy w 2 cm kawałki.
Grzyby moczymy przez kilka godzin, po czym gotujemy przez co najmniej 30 minut, kroimy na cienkie paseczki. Pozostały wywar możemy wykorzystać do przepysznej grzybowej, sosu do makaronu, możemy go także zamrozić na zaś.
Tak przygotowane grzyby smażymy na dużej ilości gorącego oleju (co najmniej 1/2 szklanki), na koniec wrzucamy pokrojoną w piórka cebulę. Kiedy cebula jest już szklista, wyłączamy gaz i pozwalamy całości ostygnąć.

Zimną zawartością patelni (wszystkim, razem z tłuszczem!) zalewamy śledzie i dajemy im co najmniej noc, a najlepiej dobę na "przegryzienie".


Smacznego!

niedziela, 22 grudnia 2013

Powrót do korzeni: duszony jarmuż

Jarmuż przebojem wraca na nasze stoły, podobnie zresztą, jak topinambur. Są to przecież warzywa, które onegdaj jadali nasi przodkowie. Dlatego cieszy nas, że znowu można je znaleźć na targach i straganach... Czekamy jeszcze, aż pojawią się w sklepach.

Nam udało się trafić na jarmuż, topinambur jeszcze przed nami.
Możliwości jest szereg, my wybraliśmy dodatek w postaci duszonego w śmietanie (gwoli ścisłości, próbowaliśmy także zrobić chipsy z jarmużu, ale zajęłam się czymś o całe 3 minuty za dużo, więc do tego dania wrócimy, czarne nie były dobre...) - danie genialne w swej prostocie.


Potrzebujemy:
- kilka - kilkanaście liści jarmużu (bez twardej łodygi)
- oleju i wody do blanszowania
- pieprzu i sosu sojowego do przyprawienia
- gęstej śmietany

Jarmuż myjemy, odcinamy od twardej łodygi i tniemy na bardziej przystępne kawałki (możemy zrobić to nożyczkami).
Blanszujemy we wrzątku z olejem, przyprawiamy, dodajemy śmietany i dusimy do miękkości, co zajmie nam jakieś 15 minut.


W wersji nieco bardziej bogatej, jako samodzielne danie, możemy także dodać cebuli, czosnku i pokrojonej w paski wędliny. Zamiast sosu sojowego możemy użyć soli lub bulionu.

Smacznego!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

DIY: filcowa Sówka

Moja prababcia, poza tym, że gotowała, przepięknie haftowała haftem płaskim. Tworzyła tym samym niepowtarzalne dzieła sztuki: "obrazki", serwetki, obrusy, a nawet sukienki. Pamiętam, jak chciałam, żeby mnie tego nauczyła, ale było to zajęcie przerastające nikłą cierpliwość kilkulatki...

Ostatnio udało mi się uratować część specjalnie dla niej robionych wzorów i bardzo, ale to bardzo dużo muliny. Pomyślałam więc, że spróbuję ją wykorzystać... i tak powstała pierwsza maskotka dla kogoś, kogo jeszcze nie ma.


Do wykonania tego typu zabawki potrzebujemy:
- dwóch arkuszy kolorowego filcu o grubości 2 mm (moje miały wymiary 20 x 30)
- muliny w różnych kolorach
- czegoś do wypełnienia, w moim przypadku włókna polipropylenowego z ikeowej poduszki (pomysł podpatrzony na czyimś blogu)
- pomysłu, czasu, cierpliwości
- samodzielnie wykonanego wykroju w tekturze, albo grubym papierze

Najpierw rysujemy szablon na tekturze, wykrawamy. Po czym, klnąc w sposób okropny, wycinamy go w filcu (tę część - w całości z naciskiem na część pierwszą - u nas wykonał Mięsożerca). Na tak powstałym wykroju rysujemy długopisem szczegóły: oczy, dzióbek, skrzydełka (albo cokolwiek innego). Dobieramy mulinę i haftujemy.
Gotowe elementy składamy lewymi stronami do siebie i zszywamy, zostawiając otwór, którym wypchniemy zabawkę. Ostrożnie wywracamy na właściwą stronę, wypychamy i zaszywamy otwór.


Miłej zabawy!

piątek, 13 grudnia 2013

Terapeutycznie: drożdżowe rogaliki z czekoladą i cynamonem


Są takie chwile i wydarzenia w naszym życiu, które wymagają od nas, żebyśmy zachowali się dorośle i odpowiedzialnie. Nie wiem, jak Wam, ale mi wówczas pomaga czekolada. Dużo czekolady...

Dlatego dziś zapraszam Was na drożdżowe rogaliki, wypełnione terapeutyczną czekoladą z cynamonem...

Przepis na ciasto drożdżowe żywcem ściągnięty stąd. Poniżej z moimi modyfikacjami. Z tej ilości wyszło mi 26 niedużych, choć różnej wielkości rogalików.
- 500 g mąki pszennej [+ 3 spore garście do uzyskania odpowiedniej konsystencji + do podsypywania]
- 20 g suchych drożdży lub 40 g świeżych drożdży
- 1/4 szklanki i 2 łyżki cukru [u mnie 3,5 łyżki] 
- 2 jajka
- 250 ml mleka
- pół łyżeczki soli
- 70 g masła, miękkiego

[- łyżka mielonego cynamonu]

Nadzienie:
- 140 g gorzkiej czekolady
- 10 - 15 g cynamonu
- 15 g masła

Wymieszać mleko i roztrzepane jajka. Dodać mąkę wymieszaną z drożdżami (ze świeżymi wcześniej zrobić rozczyn), cynamonem i cukrem, miękkie masło i sól. Wyrobić gładkie ciasto, które odstaje od ręki. Pozostawić w ciepłym miejscu, przykryte, do podwojenia objętości. U mnie zajęło to godzinę.
Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na omączonej stolnicy (podsypując mąką), możemy je podzielić na partie. Ciasto ma mieć grubość ok. 3 - 5 mm, może nie być bardzo równe. Ostrym nożem kroimy je na trójkąty.
Czekoladę z cynamonem i masłem topimy w kąpieli wodnej, mieszamy, lekko studzimy i rozsmarowujemy na trójkątach z ciasta. Trójkąty zwijamy od szerszego końca i zaginamy tak, aby powstały zgrabne rogaliki.
Pieczemy przez 15 - 20 minut w piekarniku nagrzanym do 190 C. Jeszcze ciepłe oprószamy cukrem pudrem, zmieszanym z cynamonem (lub imbirem). Studzimy na kratce.

Smacznego!

niedziela, 8 grudnia 2013

Piekarniczy łańcuszek: chlebek watykański

Pamiętam, jak miałam jakieś 10, czy 11 lat i pracowicie przepisywałam przeuroczy łańcuszek, a potem dostany oryginał paliłam w tajemnicy przed rodzicami (w piwnicy). W grę wchodził jakiś piątek wieczór, przepisać musiałam 8 razy i miało mi to zapewnić wieczną miłość wybranego kawalera. Niedotrzymanie warunków groziło zaś okropnymi nieszczęściami...






Od tego czasu trochę już urosłam wzwyż, w szerz i w zwojach i łańcuszków nie praktykuję, ale ten mnie i zaciekawił, i ujął. W ramach prezentu Mikołajkowego dostałam bowiem zaczyn na "chlebek watykański", znany również, jako "chlebek przyjaźni", lub "ciasto Hermana". Jak rozumiem, historycznie jest to wypiek Amiszów, który z Watykanem nie ma zupełnie nic wspólnego. Wychodzi z niego jednak przepyszny keks, więc jeśli taki zaczyn trafi do Was, zachęcam do zrobienia. Na sieci można też znaleźć przepis na sam zaczyn.
Przepis, który ja dostałam, wyglądał tak:




Chleb z Watykanu

Aby chleb szczęścia się udał, należy przestrzegać zasad:
  • nie lubi metali, należy mieszać plastikową lub drewnianą łyżką
  • miska musi być plastikowa lub szklana
  • przechowywać w temperaturze pokojowej
  • przykryć lnianą ściereczką
Poniedziałek – chleb wlać do miski, dodać 250 g cukru, nie mieszać, przykryć ściereczką
Wtorek – wlać 250 ml mleka (nie mieszać)
Środa – dodać 250 g mąki (nie mieszać)
Czwartek – zamieszać rano, w południe i wieczorem
Piątek – dodać 250 g cukru (nie mieszać)
Sobota – zamieszać drewnianą łyżką, podzielić na cztery części, trzy z nich rozdać na szczęście dobrym ludziom (do poniedziałku)
Niedziela – do czwartej części dodać 250 ml oleju, 250 g mąki, 3 całe jajka, 1/2 paczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli, 1 cukier waniliowy, 2 starte jabłka, startą czekoladę – wymieszać. Piec około 45 do godziny w 180 C.

Nie można chleba wyjąć od razu z piekarnika, bo opadnie i zrobi się zakalec. Po upieczeniu wyłączyć piecyk i zostawić chleb w środku przez 5 – 8 minut. Następnie uchylić drzwiczki i potrzymać jeszcze około 5 minut, dopiero po tym czasie wyjąć chleb.

Chleb pochodzi z Watykanu i przynosi szczęście. Piecze się go raz w życiu, spełnia życzenia całej rodziny. Przed zjedzeniem pomyśl życzenia.

Oddając pozostałe części podaj przepis.

Ja w czwartek zamieszałam tylko rano i wieczorem, a czekoladę posiekałam na duże kawałki.


Smacznego!

P.S.: Moją ówczesną Miłość Życia, jego żonę i przeuroczą córeczkę serdecznie pozdrawiam. Kawałek chlebka zjem, życząc im jak najwięcej szczęścia. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...