Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desery. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2014

Wiktoriański tort kwartalnicowo-urodzinowy



Dziś rano minęły trzy miesiące, od kiedy się poznajemy z naszą małą córeczką.
Trzy miesiące niedospania i jazdy bez trzymanki na rozpędzonej karuzeli.
Trzy miesiące uczuć, o których istnienia tylko się domyślałam.
8 tygodni od pierwszego, roztapiającego serce uśmiechu, kilka od radosnych pisków i zdumiewających rzężeń. 

Przy okazji, kilka dni temu minął rok od pierwszego wpisu na tym blogu.

Dziś więc uroczyście. Zapraszam na tort. I co z tego, że mi opadł? Wam nie opadnie, a połączenie smaków jest boskie...
Ciężki biszkopt, a do tego królewskie połączenie białej czekolady i czarnej porzeczki...

Victoria Sponge z tego przepisu, u mnie tylko z 2/3 składników i w formie 18cm.

Ponad to:
- tabliczka białej czekolady
- 250 ml śmietany kremówki
- pół szklanki czarnych porzeczek (u mnie mrożone, w tym wypadku tort jest do zjedzenia od razu)

Czekoladę topimy w kąpieli wodnej z 2 - 3 łyżkami śmietany, mieszamy, studzimy do temperatury pokojowej.
Śmietanę ubijamy, dodając pod koniec stopioną czekoladę.

Czekoladową śmietanę wykładamy na dolną warstwę tortu, posypujemy owocami i voila!



Smacznego!

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt, czyli mazurek migdałowy.



Czas mija w sposób niezauważalny. Ani się obejrzeliśmy, a tu już Święta Wielkiej Nocy... Moje dni to teraz piękne, bezzębne uśmiechy, wielkie-małe dramaty, głośne wyrażanie potrzeb i coraz to nowe umiejętności... Mikrokosmos.

Powoli jednak wraca mi chęć i trochę czasu na kuchnię, na smaki i zapachy. Mam nadzieję, że znajdzie się i czas na bloga.

To będą piękne Święta. Pierwsze naszej malutkiej córeczki...

Tymczasem, oto nasz tegoroczny mazurek. Na klasycznym mazurkowym kruchym cieście z gotowanymi żółtkami i prawie makaronikowym wierzchem. Jeśli mi się udało z trzymiesięcznym niemowlęciem, to i Wy znajdziecie na niego czas - warto...

Ciasto [wedle przepisu z "Kuchni polskiej"]
- 300 g mąki pszennej [w oryginale krupczatki]
- 200 g masła
- 100 g cukru pudru [dałam 70]
- 3 gotowane żółtka
- szczypta soli
- laska wanilii [lub ekstrakt, w ostateczności cukier waniliowy]

A także
- dżem z czarnej porzeczki (na później)

Przesianą mąkę posiekać z zimnym masłem, dodać przesiany cukier puder i przetarte żółtka, sól i wanilię, i szybko zagnieść ciasto. Odstawić do lodówki zawinięte w folię na 20 - 30 minut.



Po tym czasie rozwałkować na 3/4 centymetra i wyłożyć do mazurkowej formy (takiej z trzema bokami) [ja wzięłam tortownicę 18 cm i 4 ringi po 10 cm], wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Nakłuwamy widelcem miejsce przy miejscu.
Podpiekamy 15 - 20 minut w 180 C.

Masa migdałowa [z tego przepisu]
- 2 białka
- 50 g masła, roztopionego
- 200 g cukru pudru (lub mniej) [u mnie 100]
- 200 g zmielonych migdałów
- szczypta soli



Białka ubić na sztywno. Pozostałe składniki wymieszać w naczyniu. Dodać białka i delikatnie wymieszać. Odłożyć na chwilę. 

Na gotowym, ostudzonym spodzie rozsmarowujemy łyżkę - półtorej dżemu. Na to wykładamy masę migdałową.

Pieczemy 40 - 45 minut w 160 C.



Po ostudzeniu dekorujemy, u mnie mleczna czekolada roztopiona z masłem i płatki migdałów.



Smacznego i Wesołych Świąt! 

wtorek, 21 stycznia 2014

Chrupie w ustach

Znam kogoś, kto ma dziś urodziny...


Już od dawna czaiłam się, żeby zrobić mu ten "tort": ptysiową wieżę Croquembouche. Tak się składa, że miałam kiedyś kiedyś, małą dziewczynką będąc, okazję spróbować jego bardzo profesjonalnej wersji na przyjęciu we francuskiej ambasadzie. Wspomnienie chrupiącej słodyczy, kryjącej we wnętrzu aksamitny krem zostało ze mną do dziś.

A dziś, właśnie dziś, są urodziny Mięsożercy.

Miśku, wiem, że to będzie dobry rok, pełen wyzwań, które okażą się nie być wcale tak trudne. Życzę Ci, żebyś mógł je smakować jedno po drugim.



Kocham Cię.


Przepis znalazłam u niezawodnej Doroty.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Słodkie przywitanie zimy: krem pomarańczowo-czekoladowy

Zimę, jako porę roku, lubię niemal wyłącznie na zdjęciach: śnieżne czapy na drzewach, biały dywan na polach, jak okiem sięgnąć, ogień w kominku... Idea skrzypienia pod stopami, zarumienionych od mrozu polików i grzanego wina, piwa, lub gorącej czekolady nie jest mi zupełnie niemiła.
Co innego, jeśli mówimy o szaro-burej miejskiej brei, zaskoczonych opadami drogowców, śliskich chodnikach i spadających z wysoka soplach.


Spróbujmy jednak zaczarować zimę w mieście. Przywitajmy ją czekoladowo-pomarańczowym tańcem. Niech będzie magiczna!

Przepis na "chocolate orange curd" znalazłam kilka miesięcy temu w sieci, ale im bardziej szukam go teraz, tym bardziej go nie ma. Musiałam go więc odtworzyć z pamięci...



Potrzebujemy:
- 3 dużych jajek
- 75 g masła
- 45 g drobnego cukru
- skórki otartej z 1 pomarańczy
- pół szklanki (125 ml) soku z pomarańczy (czyli sok z 2 niewielkich owoców)
- pół łyżeczki soku z cytryny (w zależności od tego, jak słodkie, lub kwaśne są nasze pomarańcze)
- 100 g gorzkiej czekolady

Jajka roztrzepać z cukrem, dodać pozostałe składniki poza czekoladą (masło kroimy w drobną kostkę) i podgrzewać, stale mieszając, na małym ogniu.
Kiedy krem zgęstnieje, zdjąć go z palnika i dodać czekoladę w kawałkach. Dobrze wymieszać, aż do połączenia, po czym przecedzić krem przez sito.
Z podanych proporcji wychodzi nam niecałe 500 ml kremu.



Do wykorzystania do ciast, kanapek, gofrów, łyżeczką prosto do paszczy...

Smacznego!

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!


Życzę Wam, żebyście mogli spędzić je tak, jak lubicie. I niech będą prawdziwie spokojne, uśmiechnięte i prawdziwie beztroskie. Chyba, że wolicie nerwowe...

Wesołych!
Na zdjęciach piernikowe choinki z tego przepisu.

piątek, 13 grudnia 2013

Terapeutycznie: drożdżowe rogaliki z czekoladą i cynamonem


Są takie chwile i wydarzenia w naszym życiu, które wymagają od nas, żebyśmy zachowali się dorośle i odpowiedzialnie. Nie wiem, jak Wam, ale mi wówczas pomaga czekolada. Dużo czekolady...

Dlatego dziś zapraszam Was na drożdżowe rogaliki, wypełnione terapeutyczną czekoladą z cynamonem...

Przepis na ciasto drożdżowe żywcem ściągnięty stąd. Poniżej z moimi modyfikacjami. Z tej ilości wyszło mi 26 niedużych, choć różnej wielkości rogalików.
- 500 g mąki pszennej [+ 3 spore garście do uzyskania odpowiedniej konsystencji + do podsypywania]
- 20 g suchych drożdży lub 40 g świeżych drożdży
- 1/4 szklanki i 2 łyżki cukru [u mnie 3,5 łyżki] 
- 2 jajka
- 250 ml mleka
- pół łyżeczki soli
- 70 g masła, miękkiego

[- łyżka mielonego cynamonu]

Nadzienie:
- 140 g gorzkiej czekolady
- 10 - 15 g cynamonu
- 15 g masła

Wymieszać mleko i roztrzepane jajka. Dodać mąkę wymieszaną z drożdżami (ze świeżymi wcześniej zrobić rozczyn), cynamonem i cukrem, miękkie masło i sól. Wyrobić gładkie ciasto, które odstaje od ręki. Pozostawić w ciepłym miejscu, przykryte, do podwojenia objętości. U mnie zajęło to godzinę.
Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na omączonej stolnicy (podsypując mąką), możemy je podzielić na partie. Ciasto ma mieć grubość ok. 3 - 5 mm, może nie być bardzo równe. Ostrym nożem kroimy je na trójkąty.
Czekoladę z cynamonem i masłem topimy w kąpieli wodnej, mieszamy, lekko studzimy i rozsmarowujemy na trójkątach z ciasta. Trójkąty zwijamy od szerszego końca i zaginamy tak, aby powstały zgrabne rogaliki.
Pieczemy przez 15 - 20 minut w piekarniku nagrzanym do 190 C. Jeszcze ciepłe oprószamy cukrem pudrem, zmieszanym z cynamonem (lub imbirem). Studzimy na kratce.

Smacznego!

niedziela, 8 grudnia 2013

Piekarniczy łańcuszek: chlebek watykański

Pamiętam, jak miałam jakieś 10, czy 11 lat i pracowicie przepisywałam przeuroczy łańcuszek, a potem dostany oryginał paliłam w tajemnicy przed rodzicami (w piwnicy). W grę wchodził jakiś piątek wieczór, przepisać musiałam 8 razy i miało mi to zapewnić wieczną miłość wybranego kawalera. Niedotrzymanie warunków groziło zaś okropnymi nieszczęściami...






Od tego czasu trochę już urosłam wzwyż, w szerz i w zwojach i łańcuszków nie praktykuję, ale ten mnie i zaciekawił, i ujął. W ramach prezentu Mikołajkowego dostałam bowiem zaczyn na "chlebek watykański", znany również, jako "chlebek przyjaźni", lub "ciasto Hermana". Jak rozumiem, historycznie jest to wypiek Amiszów, który z Watykanem nie ma zupełnie nic wspólnego. Wychodzi z niego jednak przepyszny keks, więc jeśli taki zaczyn trafi do Was, zachęcam do zrobienia. Na sieci można też znaleźć przepis na sam zaczyn.
Przepis, który ja dostałam, wyglądał tak:




Chleb z Watykanu

Aby chleb szczęścia się udał, należy przestrzegać zasad:
  • nie lubi metali, należy mieszać plastikową lub drewnianą łyżką
  • miska musi być plastikowa lub szklana
  • przechowywać w temperaturze pokojowej
  • przykryć lnianą ściereczką
Poniedziałek – chleb wlać do miski, dodać 250 g cukru, nie mieszać, przykryć ściereczką
Wtorek – wlać 250 ml mleka (nie mieszać)
Środa – dodać 250 g mąki (nie mieszać)
Czwartek – zamieszać rano, w południe i wieczorem
Piątek – dodać 250 g cukru (nie mieszać)
Sobota – zamieszać drewnianą łyżką, podzielić na cztery części, trzy z nich rozdać na szczęście dobrym ludziom (do poniedziałku)
Niedziela – do czwartej części dodać 250 ml oleju, 250 g mąki, 3 całe jajka, 1/2 paczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli, 1 cukier waniliowy, 2 starte jabłka, startą czekoladę – wymieszać. Piec około 45 do godziny w 180 C.

Nie można chleba wyjąć od razu z piekarnika, bo opadnie i zrobi się zakalec. Po upieczeniu wyłączyć piecyk i zostawić chleb w środku przez 5 – 8 minut. Następnie uchylić drzwiczki i potrzymać jeszcze około 5 minut, dopiero po tym czasie wyjąć chleb.

Chleb pochodzi z Watykanu i przynosi szczęście. Piecze się go raz w życiu, spełnia życzenia całej rodziny. Przed zjedzeniem pomyśl życzenia.

Oddając pozostałe części podaj przepis.

Ja w czwartek zamieszałam tylko rano i wieczorem, a czekoladę posiekałam na duże kawałki.


Smacznego!

P.S.: Moją ówczesną Miłość Życia, jego żonę i przeuroczą córeczkę serdecznie pozdrawiam. Kawałek chlebka zjem, życząc im jak najwięcej szczęścia. :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Schrup owsiane ciasteczko!


Po dziadkach odziedziczyłam kryształowy słój, który od razu został w naszym domu "pojemnikiem na ciasteczka". Niestety, dość szybko okazało się, że ciasteczka nie chcą w nim malowniczo zalegać, słój głównie stoi pusty, za to waga nie narzeka na brak atrakcji... Na razie więc produkcja ciasteczek przyhamowała.


Dziś mam jednak za zadanie "przynieść coś pysznego" dla 20-kilku osób. W procesie poszukiwań najlepszego wypełnienia dla słoja odkryłam zaś, że niewiele ciastek jest tak pysznych, jak chrupiące, owsiane ciasteczka... i to złudzenie, że jemy coś zdrowego!

U nas, tym razem, w wersji zimowej, z nutą cynamonu i pomarańczy.

Przepis, oczywiście, pochodzi stąd. Poniżej z moimi modyfikacjami.
Składniki na około 35  dużych ciastek (lub 60 mniejszych):
- 200 g miękkiego masła
- 3/4 szklanki drobnego cukru do wypieków [dałam trochę ponad pół szklanki]
- 1/4 szklanki ciemnego brązowego cukru
- 1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii [ziarenka z połowy laski wanilii LUB 1 łyżka cukru z wanilią]
- 1 szklanka mąki pszennej
- 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 2,5 szklanki płatków owsianych [górskich]
- skórka otarta z 1 pomarańczy
- łyżka mielonego cynamonu
Masło utrzeć (zmiksować) na puch, pod koniec wsypując biały cukier i dalej miksując. Dodać cukier brązowy i zmiksować. Dodać jajko i zmiksować. Wsypać pozostałe składniki na raz i zmiksować.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta robić kulki wielkości orzecha włoskiego (lub większe, wedle uznania [lub nieco mniejsze :)]), spłaszczyć je łyżką. Układać na blaszce z sporych odstępach. Piec w temperaturze 180ºC przez około 15 - 17 minut do lekkiego zbrązowienia. Chwilę odczekać przed zdjęciem z blachy, potem studzić na kratce.
Smacznego chrupania!

niedziela, 24 listopada 2013

Idealna niedzielna kawa: pumpkin spice latte

Jest pochmurna, szara niedziela. Listopad nie zachęca do spacerów, czy nawet wyjścia z łóżka, a co dopiero z domu.
Wstajemy więc późno i dość niechętnie. Pomaga nam myśl, że czeka nas układanie puzzla i niespieszna, kremowa, przepyszna kawa. Nie tak słodka, jak jej amerykański pierwowzór z sieciowej kawiarni, mocno korzenna i z wyczuwalnym smakiem dyni. I niech sobie będzie listopad...


Przepis zaczerpnięty stąd, poniżej z moimi modyfikacjami:

Syrop dyniowo-korzenny [który można wykorzystać także do deserów!]:

- 1/2 szklanki wody
- 2/3 łyżeczki świeżo startego imbiru [w oryginale 1 łyżeczka w proszku]
- 1 łyżeczka cynamonu w proszku
- 1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej [w oryginale 1 łyżeczka]
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub 1 łyżka cukru waniliowego
- 1/3 szklanki mleka skondensowanego niesłodzonego
- 1,5 - 2 łyżki brązowego cukru [w oryginale 4 łyżki białego]
- 1/4 szklanki puree z upieczonej dyni.

Oraz: sitko i kawałek gazy.


Wodę z przyprawami zagotować w rondelku, pogotować przez 5 minut, po czym zdjąć z ognia i odstawić na 15 minut. Po tym czasie przecedzić przez sitko wyłożone gazą. Do powstałego syropu dodać skondensowane mleko z cukrem i wymieszać do rozpuszczenia (w razie potrzeby podgrzać). Dodać puree z dyni i dokładnie wymieszać lub zmiksować. Spróbować, ewentualnie doprawić cukrem. Przechowywać w lodówce.


Kawa dyniowo-korzenna (przepis na 2):
- 4 łyżki syropu dyniowo-korzennego
- 2 podwójne espresso [lub 2 kawy o takiej mocy, jak lubimy, mogą być rozpuszczalne]
- szklanka mleka
- opcjonalnie: bita śmietana, cynamon i/lub gałka muszkatołowa do dekoracji.

Do kubków z kawą wlać syrop (po 2 łyżki) i spienione ciepłe mleko. Tyle wystarczy do bardzo miłego przed/popołudnia, ale możemy też dodać kleks z bitej śmietany i posypać od góry cynamonem i startą gałką.

Miłej niedzieli!

niedziela, 10 listopada 2013

Ciasto na dziś i ciasto na Święta

Na kolejnych kulinarnych blogach pojawia się przypomnienie, bo to już czas... czas na unoszący się w powietrzu cynamon, pieprz, imbir, miód, czas na pierwsze przedświąteczne przygotowania, czas na piernik.


Dojrzewający piernik staropolski pojawił się na naszym świątecznym stole pierwszy raz w ubiegłym roku i już wiem, że go nie odpuszczę, żeby nie wiem, co. Moja mama ma książkę Tadeusza Żakieja, znanego, jako Maria Lemnis i Henryk Vitry, ale nie jest Wam potrzebna, od kiedy jest ten blog.

Jeśli tego jeszcze nie zrobiliście - warto! Pracy jest naprawdę niewiele.

A żeby wytrzymać ochotę spróbowania już, możecie na dziś zrobić szarlotkę. Na przykład na wzór tego przepisu.




Poniżej z moimi modyfikacjami:
Składniki:
- 1 i 1/3 szklanki podprażonych orzechów włoskich,
- 1 i 3/4 szklanki mąki pszennej

- 2/3 i 1/4 mąki razowej orkiszowej- pół łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżeczki cynamonu
- 1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej
- 1/3 szklanki drobnego cukru do wypieków
- 3 duże żółtka
- 230 g masła, zimnego, pokrojonego w kostkę
- szczypta soli

Dodatkowo:
- 2 łyżki bułki tartej
- 3 białka
- 1/3 szklanki drobnego cukru do wypieków
- szczypta soli
- litrowy słoik parzonych jabłek (u nas domowe)
- 40 - 50 g żurawiny do mięs


Orzechy zemleć maszynką do mięsa. Dodać mąkę, sól, proszek do pieczenia, przyprawy, cukier i wymieszać do połączenia. Dodać masło i żółtka i szybko wyrobić, do otrzymania kuli gładkiego, kruchego ciasta.
Ciasto owinąć folią spożywczą. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Formę (u mnie 25 x 25 cm) wyłożyć papierem do pieczenia. Wykleić nią 2/3 ciasta, wyrównać, posypać bułką tartą.
Na to wyłożyć 2/3 jabłek, potem żurawinę, przykryć jabłkami.
Białka z solą ubić na sztywno, stopniowo dodawać cukier. Powstałą pianę wyłożyć na masę jabłkową. Na sam wierzch zetrzeć/wykruszyć pozostałe ciasto.
Piec 50 - 60 minut w 180 C. Studzić w uchylonym piekarniku.

Smacznego!

środa, 6 listopada 2013

Beza jesienna

Od kiedy mam poczucie, że zaprzyjaźniłam się z moim piekarnikiem obiecuję sobie, że chrupkich z wierzchu, a ciągnących w środku deserów będzie więcej i więcej. 
Ale:
- tak się składa, że potrzebuję miejsca w szafie na więcej, niż moje ciuchy w rosnących rozmiarach.
- Mięsożerca podobno nie lubi bez (szczerze mówiąc, nie zauważyłam ;) ).
- jest tyle innych deserów do wypróbowania.
- ciągle jeszcze nie znalazłam przepisu na prawdziwy tort Mokka.

Kiedy więc pojawia się okazja w postaci wizyty bezolubnych przyjaciół, należy na nią skoczyć i już nie puścić.
I podać Pavlovą w wersji jesiennej: z domowymi, śliwkowymi powidłami i dużą ilością włoskich orzechów.


Moja beza była konglomeratem tych dwóch przepisów.

- 6 białek (ważyły 156 g)
- 250 g drobnego cukru
- 3 łyżki naturalnego kakao
- 1 łyżeczka octu winnego
- szczypta soli

Białka ubijamy na lekką pianę, dodajemy sól i ubijamy do początków sztywności. Wówczas zaczynamy po łyżce dodawać cukier. Od momentu dodania cukru białek nie możemy już "przebić", co od razu nas uspokaja. Kiedy skończy się nam cukier do dodawania, a ten w białkach się rozpuści (nie będzie czuć kryształków między palcami, czy na języku), dodajemy kakao i mieszamy, lub miksujemy na najwolniejszych obrotach miksera. Na końcu dodajemy ocet.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 C.
Bezę wykładamy na blachę z papierem do pieczenia, na którym odrysowujemy koło o średnicy 20 - 22 cm. Wstawiamy do piekarnika i po 5 minutach zmniejszamy temperaturę do 150 C. Po godzinie wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i pozwalamy bezie suszyć się przez co najmniej 8 godzin.


Do tego potrzebujemy:
- 200 g powideł śliwkowych (lub ich kakaowej wersji)
- 500 ml śmietany kremówki
- 100 g orzechów włoskich
- 1 - 2 łyżki kakao

Śmietanę ubijamy. Orzechy prażymy na suchej patelni, albo w piekarniku.

Ubitą kremówkę wykładamy na bezę, wykładamy powidła, posypujemy kakao. Na samą górę wysypujemy posiekane orzechy.


Smacznego!



piątek, 1 listopada 2013

Sezon na dynię (i halloween): pieczone pączki

Moja mama została wczoraj zawstydzona. Do jej drzwi zapukała zgraja poprzebieranej "młodszej młodzieży", a w domu nie było nawet pół cukierka. Młodzież, jak się okazuje, zadowoliłaby się i ekwiwalentem finansowym, ale tu została postawiona twarda granica. Jeszcze nie wiem, czy rozczarowane dzieci posunęły się do "psikusa".



Czy bawicie się w amerykańskie święta, czy nie, w sezonie dyniowym (i poza nim, korzystając z zamrażarki) serdecznie polecam pieczone pączki. Puszyste, cynamonowe, miękkie drożdżowe ciasto, nieprzesadnie słodkie, do momentu, w którym obtaczamy je w cukrze lub zanurzamy w lukrze. Świetnie smakuje też z czekoladą.

Przepis inspirowany tym wypiekiem Doroty.



Składniki (wyszło mi 30 pączków, wykrawanych zwykłą szklanką + środki + 3 pełne i 1 większy od nich wieniec):
- 1 szklanka puree z dyni [połowa, czyli 700 g dyni hokkaido, upieczonej przez 40 minut w 180 C, rozdyźdana widelcem]
- 4,5 szklanki mąki
- 2 łyżki masła
- 1 szklanka mleka
- 2 jajka
- 20 g świeżych drożdży (jeśli używacie suchych, byłoby ich 10 g)
- 1/2 szklanki brązowego cukru + 2 łyżeczki białego do rozczynu
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżeczka cynamonu, 2/3 łyżeczki startej gałki muszkatołowej, 1 łyżeczka imbiru, 2 zmiażdżone goździki, 2 zmiażdżone ziela angielskie (lub 2 łyżeczki przyprawy do piernika)

Mleko z masłem podgrzewamy do roztopienia tłuszczu, po czym schładzamy do temperatury ciała.
Z drożdży, łyżki mąki, białego cukru i 3 łyżek mleka z masłem robimy rozczyn, odstawiamy na 15 minut, żeby się spienił.
Jajka rozkłócamy w pozostałym mleku.
Mąkę mieszamy z brązowym cukrem, przyprawami i solą, po czym dodajemy drożdże, dynię i mleko z jajkami. Wyrabiamy do uzyskania gładkiego, elastycznego ciasta, które odchodzi od dłoni.
Przekładamy do natłuszczonej miski, przykrywamy i odstawiamy na 1 - 1,5 godziny, do podwojenia objętości.

Po tym czasie przebijamy ciasto i krótko wyrabiamy, po czym wałkujemy na omączonej stolnicy na grubość 1 - 1,5 cm. Szklanką wycinamy koła, a kieliszkiem lub foremką środki.

Układamy zachowując co najmniej 0,5 cm odstępy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przykrywamy i ponownie odstawiamy do wyrośnięcia, tym razem na 45 - 50 minut (lub całą noc w lodówce).

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 C przez 8 - 10 minut.

Pączki możemy obtoczyć w maśle, a potem mieszaninie cukru z cynamonem (lub samym cukrze) - tak zrobiłam ze środkami. Możemy też roztopić czekoladę z masłem (łyżka masła na tabliczkę czekolady) w kąpieli wodnej i w niej zanurzać pączki. Do topienia świetnie nadają się zalegające w szafkach czekoladowe mikołaje i zające. Możemy także pączki polukrować, lub zanurzać je z obu stron w płynnym lukrze z mleka, cukru pudru i cynamonu. Możemy też po prostu posypać je cukrem pudrem.



Smacznego!




środa, 23 października 2013

Sezon na dynię: orkiszowe racuchy

Wybraliśmy się na miejski, jesienny spacer w pięknym słońcu i szeleszczących pod stopami liściach. 
Jaka piękna jesień nas spotkała w tym roku!
Jesień pełna sprzecznych emocji - od pożegnań, do oczekiwania najważniejszego spotkania.
Jesień dyniowa i orzechowa. Mogłabym żywić się tylko tymi dwoma produktami, ku rozpaczy Mięsożercy.



Dziś zapraszamy na orkiszowe racuchy z dynią, podane z jabłkami i gruszkami w miodzie, a także prażonymi z solą i rozmarynem orzechami włoskimi.

Potrzebujemy:
- 350 g pieczonej dyni Waszego wyboru (ok. 800 g surowej dyni)
- 20 g świeżych drożdży
- 30 g cukru (jeśli wolicie słodsze placki, możecie dać 50 g)
- 350 g razowej orkiszowej mąki
- 50 g pszennej mąki
- 200 g kefiru
- 2 jajka
- szczypta soli
- 1/4 - 1/3 szklanki ciepłej wody
- olej do smażenia

oraz:
- 2 niewielkich gruszek
- 1 sporego jabłka
- łyżeczki cynamonu
- 150 g orzechów włoskich
- łyżeczka świeżego rozmarynu
- pół łyżeczki grubej soli


Dynię myjemy, pestkujemy, kroimy na mniejsze kawałki i pieczemy razem ze skórą w 180 - 200 C przez 30 - 45 minut, aż stanie się miękka i będzie ją można rozdrobnić widelcem. Tak przygotowaną (bez skóry) odstawiamy do przestygnięcia.
Z drożdży, cukru, 1 - 1,5 łyżki wymieszanej mąki, łyżki kefiru i ciepłej wody robimy rozczyn. Kiedy drożdże "ruszą", co zajmie ok. 15 minut, możemy zrobić ciasto, miksując wszystkie składniki do osiągnięcia gęstości śmietany.
Teraz, ciasto musi podwoić objętość w ciepłym miejscu, wrócimy do niego za 1 - 1,5 godziny.
Racuchy smażymy partiami na rozgrzanym tłuszczu po ok. 2 minuty na każdej ze stron.

Owoce obieramy, pozbawiamy gniazd nasiennych, kroimy w grubą kostkę, mieszamy z miodem i podgrzewamy na małym ogniu przez ok. 10 - 15 minut, aż owoce zmiękną i puszczą troszkę soku, który wymiesza się z rozpuszczonym miodem.
Orzechy posypujemy rozmarynem i solą, wkładamy do blachy i prażymy, potrząsając, w piekarniku rozgrzanym do 180 C przez 10 - 12 minut (uważajmy, żeby się nie spaliły!).


Do racuchów możemy też podać gęsty jogurt, lub śmietanę. 

Smacznego!

wtorek, 8 października 2013

Z zeszytu prababci: zacierka (i kruchy jabłecznik)

Nie potrafię sobie przypomnieć, co było pierwszym ugotowanym przeze mnie daniem. Za to bardzo dokładnie wiem, że pierwszym ciastem, które przyrządziłam zupełnie sama, choć pod bacznym okiem, była zacierka [pra-]babci Janeczki. Wiele, wiele lat później dowiedziałam się, że świat zna to ciasto dużo lepiej pod nazwą "pleśniak".



Przepis, zapisany ręką babci, stanowi, co następuje:
- 4 żółtka
- kostka margaryny
- 3 szklanki mąki
- 1 szklanka cukru
- zapach cytrynowy
- pół opakowania proszku do pieczenia

Zagnieść ciasto i podzielić na pół, drugą połowę znów podzielić na pół i do tej ćwiartki dodać łyżkę kakao.
Pierwszą połowę położyć na wysmarowaną tłuszczem blachę, posmarować dżemem [w naszym przypadku zawsze były to domowe powidła śliwkowe], naskubać na dżem część pozostałego ciasta, na to wyłożyć pianę z białek i naskubać resztę ciasta. Piec do zrumienienia.

Pamiętam, jaka byłam z niego dumna. Pamiętam też, że natychmiast chciałam eksperyment powtórzyć...

Od wielu lat już nie robiłam tego ciasta. Wczoraj bardzo potrzebowałam przypomnieć sobie babciną kuchnię, jej zapachy, szczęk garnków, a nawet miękkość materaca w łóżku, stojącym w służbówce. Czasem chciałabym wrócić do czasów, w których wszystko było takie proste, Wigilie takie liczne. Do cioci Jadzi ukrytej w głębokim fotelu za szafą, do złośliwości Lucyny, do stukotu wysokich obcasów w korytarzu. Do tych wszystkich silnych kobiet z tej części rodziny, z których ostatniej wczoraj zabrakło.
Przeglądam więc zeszyt babci Janeczki. Nie będzie zacierki. Ale na jej podstawie będzie ciasto z prażonymi jabłkami. Słoik takich jabłek czeka na swoją kolej od ubiegłego roku, teraz robi je dla nas mama Mięsożercy. Ale mogłaby je robić babcia Janeczka.


Do ciasta, zamiast zapachu, dodaję skórkę z cytryny i tylko 1/3 szklanki cukru. Omijam kakao, dzielę ciasto na dwie połowy, z każdej ujmuję 1/3.
Wyklejam ciastem blachę, smaruję dżemem (domowym!) z czarnej porzeczki, na to wykładam kilka kopiastych łyżek jabłkowej masy, posypuję hojnie cynamonem. Na to kolejna warstwa ciasta (powinnam je była naskubać, babcia miała rację), znów dżem, znów jabłka, znów cynamon. Skubię ciasto na wierzch.
Wstawiam do piekarnika, nagrzanego do 180 C. Wyjmuję rumiane po 50 minutach.
Powinnam poczekać, aż ostygnie, wtedy lepiej się kroi. Ale nie wytrzymam...


Kiedy widziałyśmy się ostatnio, powiedziałaś "patrz, tylu ludzi umiera i jakoś nic im się nie dzieje". Ale żeby już? Umawiałyśmy się inaczej.

poniedziałek, 30 września 2013

Pamiątka z urlopu: powidła brzoskwiniowe

Co przywozicie ze swoich podróży?


Z nami, wraz ze zdjęciami i wspomnieniami, przyjechały opisywane już wcześniej brzoskwinie. I teraz, zimą, będę mogła otworzyć słoiczek powideł i wrócić w krainę rozlewisk...

Na powidła brzoskwiniowe potrzebujemy 100 g cukru na każdy kilogram owoców. Miałam 1,3 kg brzoskwiń, a dałam 100 g brązowego cukru.



Owoce (bez pestek, ale ze skórą, pokrojone w ósemki) wraz z cukrem powoli smażymy w dużym garnku lub patelni, mieszając, aż zgęstnieją. Mi zajęło to 2 dni.



Gotowe, jeszcze gorące, przekładamy do słoików, które stawiamy do góry dnem na kilka godzin.

Smacznego!

czwartek, 26 września 2013

Reminiscencje urlopowe: placki z owocami






Wróciliśmy. Powoli przestrajamy się do rzeczywistości. Jeszcze trochę tęskno za ciszą, za długimi spacerami, za jazgotem lecących gęsi i żurawi. Pod miasteczkiem znaleźliśmy porzuconą, bezpańską jabłonkę z najlepszymi na świecie jabłkami. A na szlaku spacerowym jeszcze jedną, na której rosły owoce idealne do smażenia, pieczenia, gotowania. Objedzeni leśnymi jeżynami i dzikimi mirabelkami, wracaliśmy wieczorami do domu, gdzie gospodyni częstowała nas brzoskwiniami ze swojego ogrodu.

 
Tak powstały pyszne placki z brzoskwiniami i jabłkami. Obiad wakacyjny idealny.

Potrzebujemy:
- 3 - 4 małych polskich brzoskwinek
- 4 małych jabłek
- pół - 2/3 szklanki mąki
- 2 jajek
- łyżeczki cukru + więcej do posypywania
- pół łyżeczki proszku do pieczenia
- tyle mleka, aby powstało ciasto o konsystencji śmietany
- oleju do smażenia


Z mąki, jajek, cukru, proszku i mleka robimy ciasto o konsystencji śmietany, czyli gęstsze, niż naleśnikowe - tak, aby pozostawało na owocach.
Brzoskwinie i jabłka myjemy i wypestkujemy. Jabłka dodatkowo obieramy ze skóry. Owoce kroimy tak, jak lubimy: może to być kostka, mogą być ósemki, mogą być plastry. Pokrojone owoce możemy, ale nie musimy obtoczyć w mące.
Owoce - razem, lub osobno wedle gatunków - mieszamy w cieście i smażymy do zrumienienia na rozgrzanej patelni.


Gotowe i jeszcze gorące placki posypujemy cukrem (może być puder).


Smacznego!!!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...