Kuchenne podróżowanie swoją drogą, ale też bardzo podoba mi się idea "lokalnego, sezonowego" jedzenia.
Kiedy jem duszoną młodą kapustę wiem na pewno, że jest już wiosna.
To jest takie proste danie i pewnie każdy dom ma swój przepis. U nas jest tak:
- 1 niewielka główka młodej białej kapusty
ilość pozostałych składników zależy od wielkości kapusty:
- 1,5 cebuli,
- litr warzywnego bulionu (1 kostka bulionowa),
- liść laurowy, 4 - 5 ziaren ziela angielskiego,
- sól, pieprz
- pęczek świeżego koperku
- olej lub masło
Cebulę kroimy w cienkie piórka lub półkrążki, blanszujemy na oleju (lub maśle) z odrobiną soli.
Kapustę szatkujemy w ok. pół centymetrowe kawałki, dodajemy do zblanszowanej cebuli, mieszamy.
Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień dziecięcych jest wykrojony z kapusty głąb pokryty drobną solą. Do tej pory czuję się jak mała dziewczynka, udająca królika, chrupiąc ten pyszny, bardzo świeży w kapuścianym smaku kawałek. Mała rzecz, a cała dziecięca legenda...
Podlewamy bulionem na dno garnka, zakrywamy. Kiedy po kilku minutach kapusta traci objętość, dodajemy przyprawy (poza koperkiem) i resztę bulionu. Znów przykrywamy i dusimy przez 25 - 30 minut, od czasu do czasu mieszając i próbując, od czego drastycznie ubywa nam potrawy. Na koniec dodajemy pokrojony drobno koperek, dusimy kilka minut dla połączenia smaków. Garść koperku możemy zostawić do posypania kapusty przy podawaniu.
U nas dziś wersja totalnie "zielona", ale możnaby do kapusty dodać też boczku (najlepiej podsmażyć go na początku, a cebulę blanszować na wytopionym zeń tłuszczu), albo pokrojonej w kostkę wędliny.
Smacznego!
Wierzę, że jeszcze będzie ślicznie, słonecznie i gorąco. Zresztą, nawet w listopadzie można zrobić fajnego grilla, w końcu najważniejsze jest towarzystwo. No, chyba, że dobra marynata do mięsa ;)
Mój domowy Mięsożerca proponuje dziś marynatę słodko-czosnkową.
Potrzebujemy:
- czosnku - 4 przeciśnięte ząbki
- octu jabłkowego - 2 łyżki
- miodu - 2 łyżki
- soli - 1 łyżeczka
- pieprzu - 1/2 łyżeczki
- oleju - tyle, żeby całe nasze mięso było wysmarowane.
Wszystkie składniki mieszamy, dobrze pokrywamy mięso i pozwalamy mu leżeć w marynacie co najmniej 2 godziny, najlepiej całą noc.
W naszym przypadku mięsem była wieprzowa łopatka (1 kg), pokrojona w plastry i rozbita na sznycle. Lubimy łopatkę. :)
Smacznego!
Każdy ma jakieś danie, jakąś potrawę, która poprawia nastrój, takie jedzenie dobry humor, czyli "comfort food".
Ja mogłabym jeść niemal wyłącznie kluski. Od kopytek (i ich włoskiego odpowiednika, czyli gnocchi), przez pyzy, leniwe, zupełnie proste zacierki, ocieraki (zwane też szarymi kluskami) do knedli i zeppelinów. Ciepłe, miękkie, kojące, jak puszysta kołderka w chłodny dżdżysty dzień. Delikatnie naciskasz zębami, a mączny miąższ rozpływa Ci się na języku...
Jest to poza tym zwykle danie na kryzysowe dla portfela dni, a nie ma doprawdy tańszych potraw niż te, których ogrodowo-polne składniki zerwiemy sami.
Pomysł na wykorzystanie pokrzyw zachwycił mnie na tym, wegańskim blogu, ale tworząc dzisiejsze kluseczki pod powiekami miałam gnudi, wykonane onegdaj przez Liskę.
Do pokrzywowych klusek potrzebujemy:
- 365 g świeżo zerwanej, sparzonej młodej pokrzywy (waga liczona po sparzeniu, ciężko jest tę parzącą zołzę zważyć wcześniej)
- 200 g - kostkę półtłustego twarogu
- 1 jajko
- 2 i 3/4 szklanki (pojemności 250 ml) mąki pszennej
- sól, pieprz
Pokrzywę myjemy (im bardziej ogrodowa, tym lepiej ją myjemy, również po to, żeby pozbyć się ewentualnych nieproszonych gości), odsączamy (wszystko w rękawiczkach), parzymy 2 - 3 minuty we wrzątku. Sparzona pokrzywa nie parzy :) . Wodę z parzenia zostawiamy koniecznie.
Raz, że wyjdzie pyszna herbatka, dwa, że będziemy mieć płyn do rozrzedzania ciasta, jeśli dodamy zbyt dużo mąki.
Podgrzewanie pokrzywy robi jej to, co szpinakowi - mocno zmniejsza "kubaturę" i z dwóch takich porcji, jak tu:
otrzymujemy jedną taką, jak tu:
Sparzone i odsączone (nie robiłam tego z dużym zaangażowaniem) liście i miękkie elementy łodyg (twarde wyrzucamy) szatkujemy dość drobno.
Tu spróbowałam pokrzywy pierwszy raz w życiu.
Mam bardzo wyraźne skojarzenie ze szpinakiem, ale też czuję w tym szparagową nutę!
W misce mieszamy twaróg, pokrzywy, jajko, sól i pieprz (do smaku, w razie czego dodać później), stopniowo dodajemy mąkę, aż powstanie masa, z której możemy uformować kulę, choć będzie się nam wydawało, że jeszcze trochę mąki moglibyśmy dodać. U mnie mąki wyszło właśnie 2 i 3/4 szklanki, ale mój twaróg też był mokry. Jeśli uznacie, że ciasto jest zbyt twarde, możecie dodać pokrzywową herbatkę.
Ciasto możemy nakładać do wrzątku łyżką, jak kluski kładzione, lub mokrymi dłońmi formować kulki. W tym drugim przypadku surowe kluski przechowujemy na omączonej powierzchni.
Gotujemy w osolonym wrzątku z dodatkiem oleju zaskakująco długo - ok. 12 - 15 minut od wypłynięcia (możemy zrobić próby smaku, czy już).
Bardzo prawdopodobnie smakowałyby przepysznie z masłem z dodatkiem skórki otartej z cytryny. My, na prośbę Mięsożercy, jedliśmy je z grillowaną wieprzową łopatką.
Naprawdę przepyszne!
Smacznego!
[Esta, esta, esta, esta...]
Znam takie miejsce pod miastem, gdzie są absolutnie najlepsze truskawki. Sadzą różne odmiany, więc sezon trwa tam prawie całe lato. Uwielbiam przywozić do domu soczyste, czerwone, słodkie i jeszcze gorące od słońca owoce [technicznie nie, ale to wiemy, prawda?]. Te truskawki mają zapach świeżości, niewinności i przepyszny słodki smak.
Żeby wydłużyć truskawkowy sezon, całą jedną łubiankę mrożę w pojemnikach. Wiem, co zamrażam, i nie są to kapciowate, kompotowe małe grdulki.
Później mam z tego smoothies, ciasta, drożdżowe bułki, sosy do mięs, albo po prostu małe, pojedyncze, truskawkowe lody - co tylko sobie wymarzę.
Teraz zbliża się już kolejny truskawkowy sezon, więc robię miejsce w zamrażarce.
Dziś, w ramach drugiego śniadania, zrobiłam sobie truskawkowo-kardamonowe frappe.
Wzięłam:
- filiżankę (150 ml) kawy z ekspresu (może być rozpuszczalna, o takiej mocy, jaką lubicie)
- filiżankę (150 ml) mleka
- 10 dużych, zamrożonych truskawek (od ilości zależy truskawkowość, ale też gęstość napoju)
- 4 ziarna kardamonu w łuskach
- cukier
Kardamon zgniotłam w moździerzu, pozbyłam się łupinek. To, co zostało na dnie, nie wyglądało imponująco, ale kardamon jest jedną z najmocniejszych przypraw, nie potrzebujemy go dużo. Można też od razu zaparzyć kawę z kardamonem, ale okropnie trudno później pozbyć się kardamonowego aromatu z ekspresu.
Kawę z mlekiem, truskawkami i kardamonem zmiksowałam w blenderze i troszkę dosłodziłam. Użyłam zwykłego białego cukru, ale możecie też spróbować miodu, cukru z wanilią, trzcinowego, stewii itd.
W sezonie truskawkowym możemy kawę zrobić ze świeżymi truskawkami, wówczas dodajemy trochę lodu (i mamy jej jeszcze więcej!)
Polecam na upalny dzień!
U mojej mamy stoi super-profesjonalny grill, który jest jednocześnie wędzarnią. Kilka lat temu kompletnie oszaleliśmy na punkcie wędzenia i przygotowywania własnych wędlin, kiełbas, wędzenia kurczaków, w planach nadal są ryby i sery.
Cóż jednak zrobić z pasją wędzalniczą, kiedy mieszka się w środku miasta i ma do dyspozycji małą kuchnię? Odkryć sekret chińskiego przygotowywania potraw, czyli wędzenie w woku. Ja odkryłam je prawą ręką przez lewe ucho, czyli poprzez australijskie (moje ukochane!) programy o gotowaniu. Kusiło mnie to od dawna, dziś przyszedł czas.
Wyobrażałam sobie, że jest to niewiadomojak skomplikowane.
Nie jest. Jak większość kuchni azjatyckiej. Wystarczy wok, kuchenka, folia aluminiowa, trochę wybranych przypraw i czas.
A także:
- 600 gr piersi z kurczaka (1 podwójna lub 2 pojedyncze)
- litr wody
- 2 kopiaste łyżeczki grubej soli (albo kopiasta łyżka zwykłej)
- 1 łyżka miodu
- 1 łyżka kurkumy w proszku
- 2 ziarna niełuskanego kardamonu
- 1 suszona papryczka chili
- pół łyżeczki kozieradki
- gwiazdka anyżu
- kawałek kory cynamonowej
- 2 ziela angielskie
- 2 torebki herbaty (u mnie dymny w smaku lapsang souchong) - zawartość
- 3 łyżeczki cukru
- 1 łyżka kus-kus (zamiast ryżu, który nam wyszedł)
+ opcjonalnie, łyżka gęstego jogurtu do sosu.
Z wody, miodu, soli, kurkumy, jednego ziarna kardamonu, pokruszonego chili i kozieradki zrobiłam zalewę, którą podgrzałam do rozpuszczenia soli i miodu, a także dla połączenia smaków. W ostudzoną włożyłam kurczaka (dwie osobne pojedyncze piersi, ale w całości, nie pokrojone), zostawiłam do marynowania na godzinę.
Po tym czasie przygotowałam woka do wędzenia: dno i boki wyłożyłam dwiema warstwami folii aluminiowej (srebrnym do dołu). Z kolejnego kawałka folii zrobiłam koszyczek na mieszankę do wędzenia - cukier, ziela angielskie, kardamon, cynamon, anyż, kozieradkę, wysypaną z torebek herbatę i kus-kus. Zanim zaczęłam wędzić, sprawdziłam, czy posiadane przeze mnie pałeczki starczą, do zrobienia rusztowania. Można kupić specjalne ruszty lub koszyczki, ale można też zrobić je samemu. Ważne, żeby wędzone produkty nie dotykały dna i mieszanki wędzalniczej.
Woka z przygotowanym rusztem postawiłam na kuchence, na dużym gazie. Kiedy z mieszanki zaczęło się dymić, przykręciłam gaz, położyłam odsączonego z zalewy (ale nie wysuszonego) kurczaka na ruszcie i szczelnie przykryłam woka folią. Tu zaczęłam się też okropnie denerwować, czy tam się w ogóle coś dzieje i w tym zdenerwowaniu przeżyłam 30 minut. W międzyczasie rozgrzałam piekarnik do 180 C, w piekarniku rozgrzałam też brytfankę.
Rozchyliłam folię i już wiem, że mogłam wędzić nieco dłużej, ale przełożyłam kurczaka do brytfanki wylanej połową łyżki oleju. Dopiekałam kurczaka (przekręciłam go raz) przez 40 minut. Prawdopodobnie mogłam piec go 30 minut i też byłby dobry.
Podałam z gotowanym na parze brokułem i sosem, zrobionym z zagotowanej 3/4 szklanki zalewy z łyżką zahartowanego jogurtu.
Od dziś wiem, że nigdy, przenigdy nie kupię już sztucznego, chemicznego, wędzonego kurczaka. Nie ma po co, skoro w tak prosty i szybki sposób można uzyskać coś TAK pysznego!!!
Smacznego!
Pierwszy domowy makaron, jaki pamiętam, to klasyczne wigilijne łazanki, robione z [pra-]babcią Janeczką. Od ponad 25 lat wiem więc, że nie ma w tym nic trudnego.
Bo naprawdę nie ma. Jedyne, o czym musimy pamiętać, to proporcje: 1 jajko na każde 100 g mąki. I oliwa z oliwek. W teorii też 1 łyżka na 100 g, ale tu możemy sobie pozwolić na większą dowolność. Niech będzie więc tyle, ile mąka przyjmie :)
We własnej kuchni robiłam makaron pierwszy raz w samotną noc przed stresującym dniem. Okazało się, że niewiele czynności jest tak uspokajających, jak wałkowanie makaronu na lasagne. Potem odkryłam ravioli.
Nie mam maszynki do makaronu, ale nie wierzę, żeby miały ją prawdziwe włoskie mammy. Wierzę zaś w to, że używając w gotowaniu dłoni, możemy przekazać całą naszą miłość, całą namiętność.
Dziś na obiad domowe ravioli z farszem, które jest klasycznym brytyjskim połączeniem: groszek z miętą.
Do obłędnego, orzeźwiającego ravioli potrzebujemy:
- 500 g mąki (u mnie typu 650, grubszego przemiału)
- 5 jajek
- 3 łyżki oliwy
- 400 g mrożonego groszku
- kostkę 200 g białego twarogu do wypełnienia
- 4 gałązki świeżej mięty (lub 4 torebki mięty do zaparzania)
- 1 cebulę, tłuszczu do jej podsmażenia
- sól, pieprz, cukier
W garnku zagotowujemy wodę z gałązkami (bez liści) mięty i solą. Jeśli nie mamy świeżej mięty, możemy użyć suszonej, lub mięty w torebkach do zaparzania, wówczas również zagotowujemy ją w wodzie, chociaż wówczas uzyskamy raczej cień smaku miętowego. Gotujemy groszek do miękkości tak, aby dało się go łatwo rozdyźdać widelcem.
Na patelni podsmażamy cebulę pokrojoną kostkę, dodając do niej szczyptę soli i pieprzu.
Odcedzamy groszek, wyjmujemy miętowe gałązki, miksujemy go, lub zgniatamy widelcem / drewnianą kulą na miazgę, mieszamy z podsmażoną cebulą, odstawiamy do ostygnięcia.
Po ostygnięciu dodajemy ser, poszatkowane liście świeżej mięty i doprawiamy do smaku, możemy też masę trochę posłodzić, cukier podkreśla smak mięty.
Odważoną mąkę wsypujemy do miski lub na stolnicę, w zagłębienie wlewamy jajka i oliwę, możemy delikatnie posolić. Zagniatamy elastyczne ciasto. Im dłużej je ugniatamy, tym więcej glutenu uwolni mąka i tym makaron będzie twardszy. Pamiętajmy też o tym, że jeśli będziemy ciasto wycinać szklanką, zostaną nam resztki do kolejnego zagniatania.
Ciastu możemy, ale nie musimy dać czas odpocząć, koniecznie zawijając je w folię - zawijamy nawet, jeśli ciasto zaczynamy wałkować od razu, ono bardzo łatwo wysycha!
Kawałki ciasta stopniowo wałkujemy. Cała radość robienia makaronu w domu polega na tym, że możemy wywałkować je tak cienko/grubo, jak lubimy. Z podanych składników możemy zrobić tagliatelle, farfalle, lasagne grubsze, niż dostalibyśmy w jakimkolwiek sklepie. W przypadku ravioli pamiętajmy, że płatki będą dwa, warto rozwałkować cieniej, niż inne makarony.
Ciasto wykrawamy szklanką lub nożem (szklanką mamy gwarancję, że wszystkie płatki będą tej samej wielkości). Na środek makaronowego płatka nakładamy łyżeczkę farszu, formujemy zeń kulę po środku. Ciasto dookoła farszu smarujemy delikatnie wodą, od góry przyklejamy drugi płatek i zaciskamy oba w okół palcami. Dla dekoracji, ale też dla pewności, że ciasto jest dobrze sklejone, możemy zrobić falbankę widelcem.
Już zrobione ravioli trzymamy pod przykryciem z folii lub ścierki, bo naprawdę bardzo bardzo łatwo wysycha...
W dużym garnku zagotowujemy osoloną wodę z łyżką oliwy.
Wrzucamy po 6 - 8 (zależy od wielkości garnka) pierożków, delikatnie mieszamy. Czas gotowania (liczony od wypłynięcia ravioli na powierzchnię) zależy od wielkości i grubości makaronowych płatów, w moim przypadku było to 3 - 4 minuty.
Jeśli zostanie nam ciasta makaronowego, możemy je pokroić, omączyć i wysuszyć, będziemy mieć makaron na zaś. Nawet wysuszony domowy makaron gotuje się krócej, niż ten sklepowy.
Groszkowo-miętowe ravioli najlepiej smakują z gęstym jogurtem lub śmietaną.
Smacznego!
Gotowanie i celebrowanie posiłków jest z M. naszą wspólną pasją. W związku z tym, że pracujemy w innych porach (a w zasadzie ja pracuję w innych porach, niż reszta świata), śniadania jadamy razem tylko w weekendy i dni wolne od pracy. Są to wtedy zwykle późne i długie uczty, czas, który mamy dla siebie. Czego tu nie ma? Są sałatki, wędliny, kawa z włoskiego ekspresu (większy się nie mieści w małej kuchni) i jajka - to na miękko, to gotowane w occie, to sadzone, to na parze, to francuskie grzanki. Rzadziej jajecznica, bo tę lubimy nieco mniej.
W poszukiwaniu nowych propozycji jajecznych zawędrowaliśmy dziś w rejony tradycyjnej kuchni żydowskiej, dla mnie nierozerwalnie związanej z polską, a także warszawską tradycją kulinarną. Od kilku lat jestem szczęśliwą posiadaczką "Polskiej Kuchni Koszernej" Rebeki Wolff, którą traktuję raczej, jak inspirację, niż dokładny drogowskaz, bo, jak większość książek kucharskich z epoki, jej przepisy są dla mnie nieco zbyt "bogate". Właściwie czekam, aż któryś z nich nakaże mi wziąć dwanaście dziewek podkuchennych...
Znajduje się w niej przepis na "Macę z jajkami" (na 15 jajek...), którego współczesne odpowiedniki znalazłam tu po polsku i tu po "hamerykańsku". Dziś na śniadanie mieliśmy więc "macę z brei" :)
Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła czegoś inaczej. Wszystkie trzy przepisy nakazują macę namoczyć, ja tego nie zrobiłam, dzięki czemu danie zyskało przyjemną chrupkość.
Na śniadanie dla dwojga potrzebujemy:
- 3 - 4 płatków macy
- 4 jajek
- 3/4 łyżki klarowanego (lub nie) masła
- szczypty soli
- do smaku: cukru i cynamonu lub soli i pieprzu lub dowolnych innych dodatków
- opcjonalnie: mleka do jajek
Jeśli moczymy macę, to robimy to na samym początku, w mleku lub wodzie. Można pominąć.
Jajka wbijamy do miseczki i rozkłócamy widelcem, dodając sól.
Na patelni rozpuszczamy masło, wrzucamy macę i podsmażamy często mieszając, aż maca wchłonie masło i zacznie się rumienić, a będzie to robić szybko.
Wlewamy jajka i smażymy mieszając. Nawet, jeśli, jak my, lubimy mocno ściętą jajecznicę, warto tym razem wyłączyć gaz pod jajkami troszkę wcześniej, kiedy jajka są jeszcze lekko kremowe.
Dodajemy wybrane przyprawy.
Podajemy z gęstym jogurtem.
Moje skojarzenia idą w stronę francuskich tostów i następnym razem będę jeść macową jajecznicę na słodko, na przykład z prażonymi jabłkami i cynamonem.
Mniam! Smacznego!
Lista miejsc, które chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć jest tak długa, że dużo łatwiej wymienić mi te, do których nigdy nie chciałabym pojechać.
Na czele tych miejsc na "nie" znajdują się Indie.
Rozumiem fascynację tym wielkim krajem kontrastów, gościnności i możliwości, uwielbiam "Monsunowe wesele" i "Hotel Marigold", ale naprawdę dla własnych doświadczeń wystarczy mi, jak postoję obok pełnego śmietnika w upalny dzień w środku miasta (w godzinach szczytu), słuchając nagranego muczenia.
Co innego jednak, jeśli chodzi o kuchnię.
Prostota lassi, wielowarstwowość curry, wszechstronność samosy, mączystość i chrupkość naan, czy chapati, urok samych nazw "tikka masala", "biryani", "aloo roti"... a przede wszystkim pakora, czyli danie w chrupiącym cieście na bazie mąki z ciecierzycy. Najczęściej są to warzywa, takie jak szpinak (palak pakora), ziemniaki (aloo pakora), czy kalafior (gobi pakora), ale też ser paneer i kurczak.
U nas, tym razem, była to ryba i cebula, a także marchewka i seler. Do ciasta, dla koloru, dodaliśmy świeży szczypiorek z własnej hodowli. Pakora najlepiej smakuje z sosami na bazie gęstego jogurtu, ale też z cytrynowym sosem majonezowym, sosem z tamaryndu, albo, bardziej brytyjsko, z sosem worchestershire. W końcu mąkę z ciecierzycy mamy właśnie w prezencie z Wysp Brytyjskich. W Polsce jest do dostania w sklepach "kuchni świata" i przez internet, ale też możemy zmielić suchą ciecierzycę na przykład w młynku do kawy.
Na rybną pakorę potrzebujemy:
- szklanka (250 ml) mąki z ciecierzycy
- 1/3 szklanki mąki pszennej
- 300 ml mleka
- 2 białka, 1 jajko (2 jajka)
- płaska łyżeczka sody oczyszczonej
- płaska łyżeczka soli
- płaska łyżeczka cukru
- 2 suszone papryczki pepperoni
- łyżeczka kminu rzymskiego
- pół łyżeczki białej gorczycy
- łyżeczka kolendry
- 2 ziela angielskie
- sok z połowy cytryny
- 450 g filetów z ryby (w tym przypadku mintaja)
- 2 cebule
- 1 marchewka, kawałek selera
- 3 pędy młodego szczypioru
- olej do smażenia
Przyprawy (papryczki, kmin, gorczycę, kolendrę, ziela, sól) ucieramy na puder w moździerzu z cukrem, po czym miksujemy z resztą składników ciasta, do uzyskania konsystencji gęstego ciasta naleśnikowego.
Rybę kroimy w spore kawałki, przed wrzuceniem do ciasta możemy oprószyć ją mąką pszenną (my tego nie zrobiliśmy i część pakory przywarła nam do patelni). Do ciasta dodajemy też cebulę i szczypiorek. Wszystko mieszamy.
Na głębokiej patelni (my używamy woka) lub w garnku rozgrzewamy olej. Do rozgrzanego nakładamy rybę w cieście po łyżce, żeby tworzyły się osobne placuszki. Kiedy skończy się nam ryba, a zostanie ciasta, dodajemy warzywa.
Do pakory robimy dipy wedle uznania, my do sosów wzięliśmy:
- gęsty jogurt typu greckiego lub bałkańskiego
- sok z połowy cytryny
- 4 ząbki czosnku
- łyżka ostrego sosu chili
- sól, pieprz, cukier
z czego wyszły nam dwa osobne sosy: czosnkowy i ostry, papryczkowy.
Cały obiad robił mój Mięsożerca, ja tylko biegałam w okół z aparatem. I jadłam. Szafa przestaje mnie lubić, idzie czas na sałatki...
Najpierw długa zima, teraz deszczowa majówka - pogoda nas nie rozpieszcza w tym roku.
Patrzę na mokre chodniki i soczystą zieleń liści, odcinającą się od szarego tła nieba i choć lubię deszcz, tęsknię za słońcem, za zapachem rozgrzanego miasta i wyczekiwaniem na chłodzący wiatr. Popijam orzeźwiającą, miętowo-czekoladową kawę mrożoną i prawie tam jestem, to prawie jak upalny majowy dzień...
Składniki:
- trzy czubate łyżeczki kawy
- trzy czubate łyżeczki kakao (tym razem była to już słodzona mieszanka, ale można użyć niesłodzonego, prawdziwego kakao, wówczas trzeba dodać cukru bądź miodu do smaku)
- kubek (300 ml) wody
- kubek (300 ml) mleka
- kubek (300 ml) kostek lodu
- cała gałązka (z liśćmi) świeżej mięty
Kawę i kakao rozpuszczamy w wodzie, po czym wszystko miksujemy w blenderze (lód możemy, ale nie musimy, wcześniej pokruszyć).
Miłego końca majówki!
Co zrobić, kiedy 1 Maja kończy się nam majonez? Majonez!
Było już o musztardzie, teraz robimy domowy majonez. Tu też możemy wreszcie zdecydować o smaku, ostrości, octowości, a przepis nie jest skomplikowany.
Do zrozumienia zasady posiłkowałam się przepisem z klasycznej książki kucharskiej "Kuchnia Polska", który mówi, że potrzebujemy:
- 1 żółtka
- 20 - 30 g musztardy
- 1 szklanki (250 ml) oleju
- cytryny
- kwasku cytrynowego lub octu winnego 3%
- soli, cukru
- bulionu warzywnego lub wody
Żółtko mieszamy z odrobiną octu lub sokiem z cytryny i z musztardą, po czym, mieszając tylko w jedną stronę, ucieramy żółtko z dodawanym wolnym strumieniem olejem. Jeśli masa jest zbyt gęsta, rozcieńczamy ją bulionem lub wodą. Na końcu doprawiamy do smaku solą, cukrem lub innymi przyprawami.
Tyle o podstawach. Lubię być oryginalna.
Wzięłam więc:
- 1 żółtko,
- skórkę i sok z 1 cytryny
- 1 szklankę oliwy z oliwek (olej jest łagodniejszy w smaku)
- sól, pieprz
- 4 liście świeżej szałwii
- cukier
- pół łyżki octu jabłkowego
I zaczęłam ucierać żółtko z sokiem i skórką z cytryny drewnianą kulą, dodając oliwy. No dobrze, niezupełnie powoli. I co? I uzyskałam płynną breję o tłustym smaku.
Skoro już sprawdziliśmy, co się stanie, kiedy nie dodajemy oliwy wolnym strumieniem, i wiemy już, jak wygląda rozwarstwiony majonez, pora go uratować, bo się da. Bierzemy kolejne żółtko, rozkłócamy je z odrobiną dotychczasowego "majonezu", po czym ucieramy i ucieramy, dodając tłustą masę wolnym, już teraz naprawdę wolnym strumieniem. Po jakimś czasie mdleje nam ręka.
Wtedy przypominamy sobie, że mamy w kuchni blender. Już wiem, że blender jest wprost stworzony do robienia majonezu, żaden mikser, żaden tłuczek. Współczuję naszym antenatom, że nie mieli go do majonezowej dyspozycji. Zasada jest ta sama. Blender uciera w jedną stronę, a my dodajemy tłuszcz powoli. Na końcu doprawiamy, jak lubimy.
Tym razem majonez wyszedł mi bardzo cytrynowy, będę próbować dalej, do czego Was też zachęcam, szczególnie w czasie majówki!
Okazuje się też, że Belgowie mają rację. Nic tak nie pasuje do frytek, jak majonez...
Smacznego!